Witam wszystkich,
Produkcji cd. teraz o ramkach ...
Ramki krzyży wykonane były ze stopów metali nieżelaznych. Cynk, aluminium, miedź, cyna a pewnie i inne pierwiastki w śladowych ilościach i w różnych proporcjach procentowych i u każdego producenta innych. Nie do ogarnięcia. Przeglądając własne zbiory sami możecie porównać (oczywiście „na oko”) z jak różnych materiałów zostały wykonane ramki np. S&L, W&L albo Brehmera i z jakich 24, 25 czy Hammera.
Ramki były robione na mniejszych prasach mimośrodowych – zd.1 (ale pewnie były robione też na ręcznych balansowych). Kształt i profil ramki jest bardzo złożony. Pełno kątów, zakrętów, wklęsłości, wypukłości i na dodatek jest wąska. W rozmowach z moimi kumplami, specami od metali, metaloplastyki i konstrukcji stalowych doszliśmy do wniosku, że „żeberka” w ramce nie stanowią tylko i wyłącznie walorów estetycznych ramki (?) ale mają za zadanie, również stabilizować i usztywniać ramkę po wycięciu jej z blachy. W przeciwnym razie (bez żeberek) tak wąska, cienka i w ten sposób wyprofilowana konstrukcja byłaby pewnie zwichrowana we wszystkie możliwe strony. Oczywiście to są tylko nasze dywagacje na ten temat i możecie być im przychylni albo nie.
Tak wygląda wypraska ramki zd.2 i gotowa ramka zd.2A. Te cztery (czasem były trzy) wypustki w rogach w zd.2 służą temu aby wypraska nie przesuwała się podczas traktowania jej wykrojnikiem.
Wiecie już, jaka panowała na halach sterylność i higiena. To od czasu do czasu wypadałoby oczyścić wewnątrz relief (wgłębny) matryc ramki. A gdzie się zbiera najwięcej syfu? Rozejrzyjcie się po swoim pokoju… no właśnie. To samo dzieje się w kątach reliefów, to tam zbiera się go najwięcej. Takie czyszczenie powinien wykonać sam Herr grawer albo wykwalifikowany robotnik, który przy pomocy rozpuszczalnika, szmaty i jakiegoś miękkiego dłubadełka (np. cienkiego patyczka) usunąłby brud z wewnątrz. Ale skąd wziąć takiego wirtuoza a na dodatek tak skomplikowane i precyzyjne narzędzia? Frau sprzątaczka to zrobi. No i zrobiła, ale drucianą szczotką a w winklach zwykłym drutem (słyszałem o takim przypadku). Niby nic, bo matryca jest utwardzana ale w wyniku takiej agresji, powstają na jej powierzchni mikro urazy, które po jakimś czasie użytkowania przekształcają się w makro a te w głęboki skazy czyli słynne….. fleki! Znacie je dokładnie z 13, 109 i innych. A i 122 została potraktowana brutalnie zd.3, 3a. Może drucik ze szczotki wypadł i został wewnątrz reliefu? I zanim się ktoś zorientował i go wyjął to palnął matrycą parę razy. Prawdopodobnie dzięki takiemu drucikowi mamy Szanowni Koledzy Zbieracze LFF-y i badać je możemy.
Jak poprzednio napisałem krzyż po zlutowaniu ramki trafia do dalszej obróbki. Czyli do oszlifowania tego co wylazło z ramki po lutowaniu. Na zd.4 Herren szlifierze zmysłowo opiłowują pilnikiem okrągłym profile kątów wewnętrznych ramki. Ale odcinki proste już nie tak subtelnie, tylko szlifierką taśmowa. Na zd.5 ten „dzióbek” powstał w wyniku takiego szlifierkowania. A tu? Upps!! coś mu się omskło zd.6, no i na dodatek jest „dzióbek”. Oczywiście są krzyże, które mają ostre wykończenia kątów zewnętrznych, bo tam pewnie nie używali w ogóle okrąglaka, tylko od razu atakowali szlifierką. Ale są i mieszane, ostre i półokrągłe. Znowu cały melanż.
Teraz już wiecie dlaczego krzyże mają nieco różne wymiary zewnętrzne, różne kształty ogólne i różne półokrągłości w profilach ramki albo tych okrągłości jest brak. Czyli, jak się Herr szlifierzowi oszlifowało? Nie do końca. Każdy z nich też miał swój sposób szlifowania a więc istnieje pewna powtarzalność. Weźmy np. krzyże 122 i 123. Obydwie firmy miały swoje siedziby w Straßburgu. Wygląd i kształt ich ramek jest bardzo podobny. To sugeruje, że korzystali z bardzo podobnych matryc i wykrojników. Ale już nie z jednego Herr szlifierza, tylko każdy z zatrudnionego we własnej fabryce. I pomimo podobnego kształtu wykrojnika, każdy z tych szlifierzy obrabiał ramkę w trochę inny sposób. Mniej zaokrąglone kąty zewnętrzne, bardziej lub mnie zaokrąglone rogi ramion krzyża. I po tym właśnie można rozróżnić tych producentów.
Spójrzcie też na charakterystyczne profile kątów zewnętrznych w 113. Błyskawicznie można je rozpoznać.
Ze względów oczywistych, wymieniłem tylko tych charakterystycznych.
Ponieważ część producentów korzystała z firm zewnętrznych (kooperantów) dostarczających im półprodukty to czasem ciężko było spasować ramkę z rdzeniem. Po przymierzeniu okazywało się np., że kąty wewnętrzne ramki zachodzą na swaz. Co zrobić? Dopasować! To łubu-du pilnikiem po winklach. I tak w 12,16,22,24,25 czy innych. Temu się pewnie zapomniało. zd.7
Zlutowany i oszlifowany krzyż trafiał do Frau polerki, która elektryczną szczotką czyściła powierzchnie ramki, skutecznie usuwając drobne nierówności i chropowatości jednocześnie nabłyszczając powierzchnię, bo przecież krzyż miał razić cudnie. Ale w książce Maerza o EK1 znajduje się zdjęcie, na którym Frau polerka robi to drewnianym kołkiem. Dlaczego kołkiem a nie np. drobnoziarnistym papierem ściernym? Ponieważ drewno jest mało inwazyjne. Kołki były wykonane z twardego drewna np. dębu czy jesionu i doskonale sobie radziły z usuwaniem drobnych kostropatości, jednocześnie nie matowiąc powierzchni ramki. Tak wypolerowany krzyż przekazywany był do Frau zdobiarki. Ta nakładała na krzyż szablon i białą farbą ramkę „mroziła” ale w innych fabrykach Frau zdobiarki malowały odręcznie, bez użycia szablonu np. W&L. Dalej, krzyż przechodził w ręce Herr pierścieniarza. Ten zakładał pierścień od wstążki na małe kółeczko i zgrabnie je lutował, następnie przy pomocy znakownika (znacznika) lub numeratorów ślusarskich numer PKZ albo LDO skutecznie wybijał, oczywiście młotkiem ślusarskim (a na małych i dużych pierścieniach w 24 dodatkowo umowne symbole i tajne znaki). A później to już było tylko miło i sympatycznie. Krzyż w pergamin, pergamin do koperty, koperta do odbiorcy a u odbiorcy czekał leniwie na swojego zdobywcę.
Ale nie wszystkie krzyże były tak rozpieszczane (tak uważam). Jak wcześniej napisałem, że podczas lutowania ramki, jej powierzchnia ogrzewana była palnikiem. Wiecie o olejach, chłodziwie etc. znajdujących się na produkcji. Ramki również były upaprane olejem, i to nikogo nie powinno dziwić. A co się tworzy na zaolejonym metalu podczas jego ogrzewania – oksyda. To taki ciemny nalot z kolorowymi przebłyskami. Podczas czyszczenia, Frau polerka przy okazji ścierała tę oksydę. A tu? Za mało się przyłożyła? A może nie zrobiła tego w ogóle. Przyjrzyjcie się zdjęciom nr.

8a i 8b. Uważam, że były to niedoróbki, ale nie wykluczam też celowego działania producentów, ograniczających w ten sposób wydatki i czas. Na sporą ilość oglądanych przeze mnie krzyży widziałem niewiele ładnie „mrożonych” (no, może prócz 4, 13 i 100) za to całą masę oksydowanych. Ale, może za mało ich do tej pory widziałem☹.
Chyba? to co napisałem, przybliżyło Wam choć trochę proces produkcji. Jakie katusze i tortury musiały przejść arkusze blach aby stać się krzyżem, który dziś znajduje się w Waszych zbiorach. Pominąłem pewne procesy po to, żeby Was nie zanudzić. Poza tym w każdym zakładzie produkcyjnym są one różne i wykonywane w różnej kolejności, przy użyciu innych maszyn w innej technice i technologii (tak jak dzisiaj). Bo jeśli przyjąć za pewnik i wzorzec, proces produkcyjny ze zdjęć (ustawki) z fabryki Deschlera. To mam pytanie. Gdzie są te jego krzyże? Jest ich jak na lekarstwo i EK1 i EK2. W przeciwieństwie do 3,4,6,24,25,55 i innych. Oni robili je do końca wojny (pewnie z ograniczeniem albo pominięciem jakichś procesów technologicznych). A że robili je byle jak. Trudno. Ale za to dużo i dlatego dzisiaj są.
Oczywiście można w to co napisałem wierzyć lub nie (nie mam na to wpływu) ale pewnie kilku z Was skłoni do refleksji, że do rozpoznania producentów krzyży jest niezbędny tzw. „czynnik ludzki” ze wszystkimi jego aspektami: lenistwem, brakiem odpowiedzialności, wykształcenia, powtarzalnością, partactwem itd. Dodając do tego opłacalność ekonomiczną produkcji (niezbędna), procesy oraz techniki produkcyjne, biorąc pod uwagę nieprzewidywalność (warunki wojenne, które wywracają czasem wszystko do góry nogami) i znając pewne fakty historyczne, będziecie mogli choć trochę przybliżyć się do poznania tych „blach”. Oczywiście polecam zainteresowanie EK-mi. Znajdziecie w tym hobby i niezłą zabawę.
Pozdrawiam
Robert
Poniżej moja osobista dygresja na temat badania zawartości „cukru w cukrze”.
Zainteresowało mnie, że w swojej książce o EK1 D. Maerz pokazuje wykresy badań spektrometrycznych zawartości pierwiastków w farbie poszczególnych producentów krzyży (o „chrzczeniu” farby jeż wiecie). W zaprezentowanych wynikach są różne pierwiastki i ich proporcje. Ciekaw jestem na ilu egzemplarzach dokonał tej analizy? Prawdopodobnie na jednym ale nie na 10000 szt. i to każdego badanego producenta. To tak jakby lekarz, po stwierdzeniu jednostkowego przypadku dżumy ogłosił światu epidemię. Poza tym co z tego wynika? Zupełnie nic! Przebadał też ramki pod kątem zawartości w nich metali (różne wartości). I moje pytanie jest takie samo jak dotyczące farby. Uważam, że te badania można traktować tylko poglądowo. Oczywiście, nie mam najmniejszego zamiaru nic umniejszać pracy Maerza.
Ja zrobiłem podobną rzecz. W 1993 roku przeprowadziłem analizę rdzenia EK2 Deschlera. Ale zaraz potem doszedłem do wniosku, że takie badanie jest przerostem formy nad treścią. Bo kto mi zagwarantuje, że wszystkie rdzenie zostały wykonane z blachy o tych samych parametrach (nawet te, tylko i wyłącznie u Deschlera)? Czy, któryś z producentów przewidział czas produkowania krzyży i zamówił u jednego dostawcy partię blach na 5 lat? Przecież każda dostawa mogła być z innej huty, walcowni, hurtowni i z różną zawartością różnych pierwiastków. Totalny miszmasz zawartości. Priorytety wojny są przecież inne. Cenna i rygorystycznie kontrolowana blacha była wykorzystywana do produkcji zbrojeniowej. A do produkcji odznaczeń? To co zostało! Poza tym, po co komu taka wiedza i co za różnica jaka była zawartość w stali np. węgla, niklu czy manganu? Przecież to była tylko jedna z części zwykłego odznaczenia a nie element układu napędowego V1 czy V2,
Z tego wszystkiego, jedyną korzyścią dla mnie było to, że po badaniu spektrometrycznym przy pomocy „krowy” wprowadziłem się z p. adiunktem w ulubiony stan. Może Maerz też powinien.
Robert
Zawartość dostępna tylko dla zarejestrowanych użytkowników forum.